Homilia ks. biskupa Mariana Rojka z okazji 30-lecia Zamojsko-Lubaczowskiej Akcji Katolickiej Zamość – katedra – 18.01.2026

„Kto by to o tobie pomyślał!” i do tego owo oświadczenie wypowiedziane do ciebie jeszcze z mocnym wykrzyknikiem oraz z emocjami niedowierzania. Albo też w postawie zdziwienia, takie oświadczenie: „Och, ani by mi to do głowy nie przyszło, że ona potrafi to zrobić!”. Lub forma pytania skierowana do ciebie z zaskoczeniem: „I ty umiesz to naprawić? Po tobie wcale tego nie widać, iż masz takie zdolności!”.

Powiedzcie uczciwie, znacie ze swego życia, takie wypowiedzi skierowane pod waszym adresem? Oczywiście niektórzy mieli odwagę i powiedzieli nam to w twarz a do tego jeszcze publicznie w rozmaitych dla nas sytuacjach. Czy też nie stać ich było na taką odwagę więc plotkują za naszymi plecami, kierując pod adresem obmawianej osoby takie albo i podobne oświadczenia, co nie tworzy dobrej wspólnotowej atmosfery.

Rzeczywiście znasz takie stwierdzenia odnoszone do ciebie albo zdarzyło ci się, iż ktoś w taki sposób ciebie zaskoczył? Może nawet nie tak dawno, ile podobnych awantur pojawia się w świątecznym okresie, gdy dochodzi do jakichś niemiłych wzajemnych sytuacji, nabrzmiałych trudnych rozmów czy różnych zazdrości.

Nawet ja sam, wydawało mi się, że znam tę drugą osobę względnie dobrze, mojego najbliższego współpracownika od iluś tam lat, kolegę a nawet byłem przekonany, iż przyjaciela albo i w rodzinie choćby współmałżonka a teraz nagle doświadczam, że ta druga osoba całkowicie mnie zaskoczyła, ale częściej negatywnie niż pozytywnie. Najkrócej mówiąc jestem tym człowiekiem boleśnie rozczarowany a wydawało mi się, iż przecież mogę na niego liczyć, osobliwie w trudnych momentach i w kłopotliwych życiowych, rodzinnych, zawodowych czy wspólnotowych sytuacjach.

Zaskoczenie kimś drugim – z czym ono jest związane? Otóż stwierdzenie: ja kogoś drugiego znam, wcale nie oznacza pełnego rozpoznania i dogłębnej wiedzy na temat tej właśnie osoby, ani świadomości tego kim i jaka ona faktycznie jest, gdy chodzi o jej postawę, czyny, zachowania, stanowisko w różnych sprawach. Przecież nie możemy tego stwierdzić jedynie po patrzeniu wzajemnie na siebie, choć i to w jakimś małym zakresie daje mi pewną wiedzę.

A więc zanim będziesz o mnie mówił, to poznaj mnie lepiej. Ponieważ „poznanie” kogoś w rozmaitych życiowych sytuacjach, wcale nie musi oznaczać faktycznego rozpoznania tej osoby, jej charakteru, osobowości, postępowania czy wartościowania. Czyli wiedzy odnoszonej do wnętrza tej osoby, do motywacji jakimi się kieruje, do tego co owego człowieka definiuje w myśleniu i życiowej postawie jako chrześcijanina, katolika, siostrę zakonną, księdza, biskupa, czy choćby także członka Akcji Katolickiej.

Może teraz jesteśmy trochę albo i całkowicie zdezorientowani, no bo co to ma wspólnego z ewangelią, którą właśnie usłyszeliśmy? Tak naprawdę to przywołana biblijna treść, jakoś nie wyjaśnia nam toku naszego myślenia prowadzonego od początku słowa kierowanego z tej ambony do uczestników Eucharystii. Bo tu konkretnie słyszeliśmy o Janie Chrzcicielu, który spotkał Pana Jezusa.

Ten prorok znad Jordanu prowadził proste życie i chciał przekonać słuchaczy do pokuty. Pragnął im powiedzieć, aby żyli tak, jak tego oczekuje od nich Bóg. Ponieważ ludzie, w tym i on, z utęsknieniem wypatrywali Zbawiciela, tego posłanego przez Boga, który przyniesie wszystkim zbawienie. A na znak, że lud chce żyć według przykazań Bożych, przyjmowali oni od Jana chrzest nawrócenia w rzece Jordan.

Ponieważ wielu do Chrzciciela przychodziło, jego słów słuchało, byli pod wrażeniem tego co mówił, jak żył i co czynił, dlatego Janowe wiarygodne świadectwo przekłada się na ich pragnienie chrztu na znak nawrócenia tych ludzi i skierowania się do życia jakie podoba się Bogu. A przystawmy właśnie do tej sprawy 30-letnią historię obecności, istnienia i działania Akcji Katolickiej – Stowarzyszenia Świeckich Katolików, z naszej zamojsko-lubaczowskiej diecezji, jak owocuje wiarygodność waszego życia z Bogiem dla Ludu Bożego tego lokalnego Kościoła? Może liczby nie obrazują wszystkiego, to jest to co jedynie zewnętrznie widać, jakoś można poznać, ale duchowy skarb ukryty jest w tajemnicy miłującego Boga i w sercach ludzi, na różny sposób zaangażowanych w tę eklezjalną wspólnotę.

Sukces także w sprawach wiary, pobożności, widocznych znaków nawrócenia i ilości tych, którzy słuchają i idą za św. Janem Chrzcicielem może ze sobą nieść bardzo ludzką pokusę, bazującą na pysze a skrzętnie podsuwaną przez szatana, nie tylko zwykłym wiernym Kościoła, ale i ludziom, którymi pozostali są zachwyceni. Czy ów prorok widząc to wszystko, co się działo, nie mógł sobie tak pomyśleć? „Patrzcie jaki jestem wspaniały. Tak wielu mnie słucha, czynią to co im polecam, a więc ja tu jestem kimś kto ratuje, daje nadzieje, wybawia”.

Czy Jan Chrzciciel tak myślał, w taki sposób mówił o sobie? Nie, wprost przeciwnie: „Po mnie przyjdzie Ten, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie” (J 1, 30). I teraz to się dzieje: Jezus przychodzi do Jana, aby przyjąć chrzest. A Jan rozpoznaje w Jezusie Zbawiciela, posłanego przez Boga, który niesie w świat miłość Bożą. Znacznie wcześniej, bo jeszcze w Betlejem ową prawdę ogłosili aniołowie, dotknęli jej pasterze w Dzieciątku Jezus i rozeznali wobec świata Trzej Mędrcy Monarchowie składając swe charakterystyczne dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A odnosząc się do toku myśli prowadzonego na początku przekazywanego dzisiejszego słowa homilii, zapytajmy czy Jan Chrzciciel znał Jezusa i o jaką znajomość tutaj chodzi? W usłyszanej Ewangelii Jan stwierdza, że Go wcześniej nie znał, ale przecież w Jezusie rozpoznaje Zbawiciela. To Ten, z którym miłość i dobroć Boża przychodzą na świat i On chrzci Duchem Świętym.

Jak Jan rozpoznał Jezusa? Widział, że Duch Boży zstąpił z nieba i pozostał na Jezusie. Ale w jakiś sposób św. Jan Chrzciciel musiał naprawdę znać Jezusa. Przecież sobie przypominamy, że kiedy Maryja spodziewała się Dziecięcia, to odwiedziła swoją krewną Elżbietę, która wraz z mężem Zachariaszem już oczekiwali narodzin ich syna, właśnie Jana Chrzciciela. I to wtedy dziecko Elżbiety podskoczyło z radości w jej łonie, gdy obok pojawił się jeszcze pod sercem Maryi Pan Jezus.

Spokrewnienie Mam Jezusa i Jana daje podstawę do wnioskowania, iż oni w wieku dziecięcym się spotykali, czyli to była realna możliwość do poznawania siebie nawzajem. A ta rzeczywistość dokonywała się w normalnej atmosferze rodzinnych relacji.

Co z takich bliskich odniesień w fakcie poznawania Pana Jezusa dokonuje się w naszych rodzinach, parafiach, wspólnotach czy w choćby dzisiaj świętującej perłową rocznicę istnienia i funkcjonowania w naszym lokalnym Kościele Akcji Katolickiej? Jesteśmy dla drugich właściwym przykładem pociągającym ku świętości i wzmocnienia we wierze czy też bolesnym zaskoczeniem a może i nawet zdziwieniem?

Posłużmy się pewną realną pomocą w obszarze ludzkiego procesu poznawania. W zakresie wizualnym służą do tego okulary, przez jednych noszone od urodzenia przez drugich zakładane znacznie później. Sam sobie to uświadamiam, iż potrzebowałem trochę czasu do przyzwyczajenia się do okularów i nauczyłem się to doceniać, bo w nich widzę wyraźnie oraz ostro czytany tekst.

Za czasów Pana Jezusa również wielu ludzi miało słaby wzrok, czyli najkrócej mówiąc także potrzebowali okularów. Jednak one wtedy wyglądały całkiem inaczej niż te nasze obecne, jakże współcześnie często zmieniane i dobierane w swych oprawkach do panującego modnego stylu. Możemy powiedzieć, iż ówczesne okulary miały wtedy dwie nogi, usta, a nawet imię: Jan.

Tak, Jan Chrzciciel był dla wielu do niego przychodzących swego rodzaju „okularami”, pomocą wzrokową dla tych, którzy mieli słabe widzenie. Ich wzrok był tak zły, że nie rozpoznali Jezusa, gdy zaczął pojawiać się publicznie. A to nie była wina tylko ich oczu, ale raczej chwilowa moda, prawdziwy mesjaszowy boom.

Różni ludzie, samozwańczy prorocy, twierdzili w tamtych czasach: ja jestem Mesjaszem! Ja jestem obiecanym Zbawicielem, podążaj za mną! I w tej ogólnej niepewności pojawia się Jan, który nie twierdzi, że jest Mesjaszem. Natomiast wskazuje na Jezusa i mówi: patrzcie; to jest prawdziwy Mesjasz, to jest obiecany Zbawiciel. Podążaj za nim.

Św. Jan Chrzciciel jest „przezroczysty” jak okulary. Nie zaciemnia widoku Jezusa, ale raczej pozwala Go wyraźnie zobaczyć. Tak jak para tych soczewek pomaga mi lepiej widzieć, tak Jan znad Jordanu wyostrza ludzkie oczy. Kto patrzy na Chrzciciela dostrzega przez niego Jezusa. Prorok mówiąc o Jezusie: „Oto Baranek Boży” zapewnia, że ludzie ufając Chrzcicielowi mają jasny obraz Jezusa i wyraźnie rozpoznają: On, Jezus, jest Mesjaszem, Zbawicielem.

O Janie Chrzcicielu możemy powiedzieć, że jest wizualną pomocą dla Jezusa, to wybitna postać. Od tamtego czasu pojawiło się wielu ludzi, którzy również byli takimi „okularami” dla swoich bliźnich. Dzisiaj też są one tak samo ważne i potrzebne jak Jan w czasach Jezusa, ponieważ obecnie pojawia się wielu samozwańczych mesjaszów: indeks giełdowy, szał na fitness i odchudzanie, przymus kariery i wiele innych.

Dobrze jest mieć ludzkie „okulary” także w naszych czasach, np. rodziców i dziadków, którzy modląc się ze swoimi dziećmi i wnukami, opowiadają im o Jezusie czy liczne wspólnoty w parafiach – wyostrzające wzrok swoich współbraci, aby odkryli Jezusa, który daje nam oparcie i cel w życiu. My wszyscy od chrztu świętego stajemy się wizualnymi pomocnikami Jezusa dla naszych bliźnich.

I w tę listę w naszej diecezji pięknie wpisuje się Akcja Katolicka a dzisiaj podczas opłatkowego spotkania jesteśmy wam wdzięczni za to, że przez te trzy dekady w Ludzie Bożym zamojsko-lubaczowskim wyostrzacie nasze patrzenie na Jezusa. Dziękuję wam za to, iż dodajecie nam wszystkim odwagi i siły do tego, by każdy z nas stawał się pomocnikiem dla drugich w patrzeniu na Boga, Kościół i codzienne życie oczyma Jezusa Chrystusa. Amen.